[065] przetworzony sierpień

Sierpień właściwie mam za sobą. Całe (prawie) przetwornictwo także. Zaszalałam kuchennie i dopiero teraz to widzę — były kiszonki, były typowo sierpniowe przetwory i resztka owocowych przebojów. No i suszenie, niekoniecznie związane z suszą.

— Kiszony jarmuż. Iza dała mi jarmuż do posadzenia. Niestety u rodziców pojawiła się horda ślimaków, które ten jarmuż zjadły — wnioskując z paru małych (ślimaki są sprytne, jedzą duże liście, czekając, aż te mniejsze dorosną — ekonomia pierwsza klasa) listeczkach, stwierdzam inny smak tego jarmużu. Jest bardzo aromatyczny i aż miło go jeść. Niestety wersje kupowane na rynku nadal (jak dla mnie) smakują podle. Dlatego jedyny sposób na użycie znajduję w jarmuśniamu, a żeby go zrobić, muszę jarmuż zakisić. I znowu ta sama zasada: sól, czosnek, zielsko do kiszenia. Żadnego kombinowania. A na przyszłość muszę zaprosić ropuchę, to ślimaki nie zjedzą mi jarmużu…

— Kiszony pomidor. Ten eksperyment robiłam już kilka lat temu. Parę słoiczków i wielkie rozczarowanie. Spodziewałam się czegoś fajnego, a tu takie… Nawet trudno powiedzieć co. Po roku okazało się, że pomidory smakują lepiej. A po dwóch są idealnym dodatkiem podkreślającym smak pomidorówki. Dlatego właśnie postanowiłam do nich powrócić. Jednak bez takich wymysłów jak w przepisie. Zwykła kiszonka, jak każda inna: sól, czosnek, przyprawa do kiszonek. Polecam, jeżeli ktoś ma ciągły głód odkrywania nowych smaków.

— Ajvar. Z ajvarem to jest tak, że ja go uwielbiam. Pamiętam go z Bułgarii, chociaż ostatnio znalazłam w sieci, że bułgarska pasta nazywa się… Ljutenica. Niech nazywa się, jak chce. Ważne, żeby smak był TEN. Firma Rolnik ma (miała? Dawno nie sprawdzałam) taką wersję ostrą, łagodną i z serem feta. Sera już nie jadam, a pozostałe dwie wydały mi się nadmiernie octowe — no i dalekie jednak od smaku, który gdzieś tlił się w pamięci. Wtedy trafiłam na przepisy w sieci, no i od lat robię ten sos paprykowy sama. Przepisów jest bardzo wiele, bo chyba już na wszystkich znanych mi blogach pojawiły się mniej lub bardziej autentyczne wersje. U Chillie Bite znajduje się taka akurat. Na tym samym blogu znajdziecie też przepis na Ljutenicę albo lutenicę.

— Pieczona papryka wylądowała w słoikach, bo nie mam gdzie jej zamrażać. Właściwie to nie wpadłabym na to (chociaż mogłam), że można taką paprykę zrobić. To za sprawą bloga Turcja od kuchni.

— Bakłażan (owy) kawior to kolejna propozycja kuchni tureckiej. Jak widzicie, w tym roku smaki krajów arabskich bardzo mnie inspirują. A ponieważ lubię bakłażany, to kolejny przepis zachowujący je na zimę bardzo przypadł mi do gustu (i smaku).

— Fasola w pomidorach. Pomysł z bloga Eat Your Dream. Przyznaję, że bardzo sprytny, bo jako stworzenie słoiczkowe właśnie takiego uproszczenia potrzebowałam. Ten pomysł zainspirował mnie do robienia sosów i warzyw do podgrzewania. Mając na uwadze już przerażający grafik na najbliższy rok akademicki (a jeszcze nie znam planu!), sądzę, że słoiczki będą bardzo przydatne.

— Turecki ketchup. Rok temu zrobiłam keczup z przepisu Jadłonomii. Smaczny, ale to nie ten smak, którego szukam. W międzyczasie okazało się, że mój tato robi keczup wg tradycji jego rodziny (pomidor męczone termicznie przez kilka dni). Już wiem, że ta wersja jest ostra i nie ma się do czego przyczepić, jednak nadal — to nie ten smak. Ponieważ uwielbiam tureckie smaki, a ostatnio znalazłam „Turcję od kuchni” postanowiłam pomieszać dwa przepisy: na sos śniadaniowy na zimę i domowy keczup z orientalną nutką. Jest słodko i ostro, a smak pogłębia śliwka i jabłko oraz… pietruszka. Muszę przyznać, że dodatek przypraw (cynamon, imbir) sprawia, że jest to obłędny produkt.

— Pomidory pasteryzowane robimy od lat. Od zeszłego roku właściwie to ja je robię. W tym roku zaryzykowałam zostawienie pomidorów w skórkach, bo ja lubię pomidory ze skórą. Niestety rozszczelniły mi się 2 słoiki, co bardzo mnie smuci — tym bardziej że smrodek szybko nie wywietrzeje… Mam nadzieję, że pozostałe będą na tyle miłe i dotrwają do końca sezonu zimowego.

— Leczo i jego wersja zmodyfikowana. Leczo robię kolejny rok, bo zawsze schodzi. Już pisałam, że te czerwone sosy zjadam najczęściej z kluchami — dlatego zrobiłam zieloną wersję do ryżu i kaszy (w lipcu: z brokuła i kalarepki). Przepis na leczo mam własny, na oko i z głowy. Ale gdyby ktoś szukał, to tu jest fajny. Ja zrobiłam najpierw leczo z cukinią. A następnego dnia z kabaczkiem. Mam więc dwie opcje, odrobinę różniące się smakiem.

— Warzywa po włosku. Właściwie nie wiem, czy tak to się nazywa. Rok temu Marta przekazała mi przepis na te warzywa (była we Włoszech akurat), a ja zapamiętałam co użyć, ale jak to nazwać… nie za bardzo. Jest to podobna rzecz do leczo, ale ma w sobie seler i pietruszkę. Nie wiedziałam, że to będzie tak smaczne. Już wiem, martwię się o moje boczki…

— Szpinak na ostro z cytryną, czyli wymyśliłam sobie coś zielonego np. do ryżu. Planowałam to od chwili dojścia do wniosku, że za dużo jem makaronu… No cóż, lat mi nie ubywa, za to figurę zmieniam. Czas pomyśleć o tym, jak wpływać na te zmiany (bez nadmiernego wysiłku, który wg mnie i tak z naturą nie wygra). Nie mogłam doczekać się szpinaku i już miałam odpuścić, kiedy w sobotę dopadłam go. Wzięłam 2 kg i poszłam obrabiać do domu. Mój szpinak poza oczywistością taką jak odrobina soli i dużo czosnku zawierał też kiszoną cytrynę i pół łyżeczki (na dwa kg!) harissy. Jest więc ostro, kwaskowo i szpinakowo. Jak dla mnie super.

pasza17

— Jarzębina z gruszką. Od dawna łazi za mną ta jarzębina. Ale co roku nie wyrabiam się w czasie i w efekcie nie ma już co zbierać. W tym roku też ją odpuściłam i podczas spaceru po łagiewnickim lesie zauważyłam piękne owoce — skoro coś mnie prześladuje, powinnam się temu poddać. Nazbierałam woreczek jarzębiny i zaczęło się tango — zapomniałam, że jarzębinę należy przemrozić. Więc kilka godzin odrywałam i czyściłam owoce, żeby je później zamrozić na dwie doby. Później dopiero przeszłam do realizacji. Przepis pierwszy, który wpadł mi w oko — jarzębina i gruszka. Ale znowu jełop ze mnie i nie doczytałam, że tam jest jeszcze w składzie jabłko, no więc nie ma jabłka w konfiturze. Są gruszki i jarzębina. Dobre i to.

— Mirabelki uwielbiam. Pamiętam z dzieciństwa ich smak i nierozerwalnie kojarzą mi się one z wakacjami w lesie. Przepis na to coś, co z nich robię? Cukier i mirabelki (pozbawione pestek) zostawiam na noc razem. Później gotuję. Dodaję jeszcze trochę cukru. Zasłoiczam. Zaręczam Wam, że są kwaśne jak cholera, za to mają tak rewelacyjny aromat, że będę się nimi raczyła z wielką radością.

Przy okazji robienia zakupów na rynku, czasami kupię czegoś za dużo i muszę szukać przepisów (albo coś wymyślać), żeby zutylizować składniki. Dlatego miałam jarmuż w formie pasty do chleba (ze słonecznikiem) oraz natkę pietruszki z kaszą niepaloną, także do chleba. Obie nie nadawały się do pieczywa (wg mnie), ale kiedy odkryłam kapustę, o której zapomniałam — natchnęło mnie na gołąbki. Nigdy nie robiłam gołąbków, względnie nie pamiętam, żebym je robiła. Kiedy mówiłam o tym znajomej, zanim skończyłam, usłyszałam: „o matko, tyle roboty z gołąbkami!” Mnie to zajęło aż 30 minut (z gotowaniem). Co zrobiłam? Ano obie pasty zmieszałam, od kapusty oderwałam największe liście (sztuk 10), resztę pokroiłam, dodałam do tego jedną marchew i… ugotowałam na w miarę miękko. Zawartość garnka zawijałam w liście (surowe) i układałam w foremce. Nagle olśniło mnie, że nie mam sosu… Ależ mam. Nic się u mnie nie marnuje. Miałam przecież w słoiku odlaną wodę z wywaru po paście z chili… Więc te gołąbki zalałam tym piekłem. Efekt dla mnie zachwycający, a co najważniejsze smak zaskakujący totalnie. I pomyśleć, że chciałam robić gołąbki z przepisu Weganona, a tymczasem wpadłam na ciekawszą i prostszą wersję. Dochodzę jednak do wniosku, że gołąbki nie są dla mnie, bo strasznie długo nie kończą się. Jedzenie gołąbków przez tydzień nie wchodzi w grę. Zdecydowanie. A to była mała kapusta…

Drugi obiad z resztek to: roladki bakłażanowe zapiekane w sosie, wegański schabowy z selera i surówka z kalarepy (jedyny zaplanowany element posiłku). Bakłażan, który leżał w lodówce, zaczął gorzej się czuć — wymyśliłam sobie pieczonego i zapiekanego, jako roladki. Czyli pokroiłam dziada, posypałam przyprawą „siedem smaków” i solą, po czym upiekłam. W tym czasie zrobiłam sos: cebula, jabłko antonówka, czosnek, sól, czubryca zielona. I tu miałam jeszcze chęć, żeby selera, który też zaczynał gorzej się czuć, przerobić na selerybę. Okazało się jednak, że mam tylko jeden liść nori. Liść poszedł do sosu (w którym wylądowała jeszcze resztka ajvaru z poprzedniego roku, która zaczynała kisnąć mi w lodówce), a seler obgotowany wylądował w panierce z bułki tartej, płatków drożdżowych i przyprawy węgierskiej. Smażony identycznie co schaboszczak… Bakłażany wyjęłam, zwinęłam w roladki, ciepłam na i pod sos w naczynko żaroodporne i wstawiłam na chwilę do piekarnika. W tym czasie kalarepa wpadła do maszynki, później posypałam ją solą i przyprawą tzatziki (którą uwielbiam, ale jest jej tyle podrabianych wersji, że czasami tracę nadzieję, na trafienie na tę dobrą).

Przyznaję, że takie obiady są ciekawym urozmaiceniem życia kanapkożercy. A i czas ich przygotowania nie jest jakoś szczególnie długi. Jednak tęskno mi do słoiczków, które będę inaugurowała z początkiem roku akademickiego. Teraz pozostaje mi czekanie na grzyby. Czyli na deszcz, co z pewnością wielu osobom nie przypadnie do gustu. Sorry, grzyby potrzebują deszczu. A ja potrzebuję grzybów…

Komentarze są wyłączone.