[066] krwawy wpis — lepiej nie czytaj

Sześć wpisów temu, w lipcu, napisałam, że nie będę szerzyła zgorszenia i swoje fascynacje tematem tak zwanego lady cup, zostawię dla siebie. Okazuje się jednak, że żyjemy w tak totalnie zakłamanym świecie, że mówienie o pewnych sprawach na głos jest potrzebne. Nawet jeżeli głos jest mały, prywatny (bloga przecież nie promuję za bardzo) i kierowany do bardzo skromnego grona odbiorców.

Zdecydowałam się napisać o swoich doświadczeniach z „kubeczkiem/ miseczką” menstruacyjną, ponieważ część z dziewczyn o to prosiła. Te, które nie prosiły, również dopytują o wrażenia, a pozostałe tkwią w wyparciu i zaprzeczeniu, uznając że kobiece krwawienie nie może być tematem samym w sobie. No więc może. Przykro mi zaburzać Waszą percepcję.

Wiem, dziecinada: mój blog, mogę pisać, o czym chcę. Ale to prawda. Mogę. Poza tym po rozmaitych reakcjach na mój wpis na fb, że takie ustrojstwo sobie zakupiłam i pierwszy raz z niecierpliwością czekam na okres, żeby zrobić testy i przekonać się na własnym przypadku, czy ma to sens — po prostu muszę zabrać głos. Dlatego uprzedzam, jak kogoś temat brzydzi — teraz jest moment na zamknięcie tego okienka. Jeżeli kogoś irytuje moje podejście — również teraz jest moment na zamknięcie tego okienka, polecam również opcję na fb „przestań obserwować” albo nawet „usuń ze znajomych”. Możliwe, że będą to dla części z Was wymarzone opcje. Pozostałe osoby zachęcam do lektury, wraz z uzasadnieniami dla używanego języka do opisu rzeczywistości. Bo czego byśmy nie mówiły, krwawić będziemy, w równych (raczej) odstępach i zgodnie z planem genetycznym, jaki w nas „wgrano”. Ukrywanie tej kwestii w niczym nie pomoże.

§1 Obserwacja

Parę dni temu poszłam kupić szampon. Wybór takiego środka jest obecnie trudny, bo czytam skład (nie, jeszcze nie szaleję w pełni z poziomem wegańskości, ale zaczynam). Stoję więc w Rossmannie i czytam te tycie szeregi literek z łacińskimi lub angielskimi nazwami chemikaliów (serio, jakby nie można było sprawy jakoś ułatwić człowiekowi) i jestem świadkiem takiej oto sytuacji. Wchodzi para, chłopak i dziewczyna. Na oko dwudziestolatkowie, ale wiadomo, że ja na oko nie wyglądam na prawie cztery dychy, więc darujmy sobie wiekowanie. Młodzież łazi i rozgląda się po sklepie, że niby perfumy wąchają, że oglądają jakieś mazidła kolorowe. Wyszli. Po chwili dziewczyna wraca. Myk, myk w alejkę z podpaskami i tamponami. Biegusiem do kasy, schowała skrzętnie zawiniątko i pognała do chłopaka, który kupował jakieś żarło na zewnątrz.

Jasne. Możemy powiedzieć, że nagle jej się przypomniało. Ale mam wrażenie, że to zachowanie było celowe. Być może dlatego, że jedna znajoma wyznała ostatnio, że jak szła kupić podpaski i po drodze spotkała swojego chłopaka, to wstydziła się iść i kupić, to coś, czego nawet nazwy wymawiać nie chcemy.

Przypomniało mi się również inne wydarzenie, kiedy w sklepie ze znajomą (również taką, co na swoje lata nie wyglądała) stałyśmy w kolejce za chłopaczkami, nastolatkami… A oni, żeby nas „zawstydzić” najwyraźniej, wrzucili nam do koszyka opakowanie podpasek. Śmiechu mieli od groma, a mnie zatkało, bo nie zrozumiałam celu tego zachowania. Widząc reakcję znajomej — olśniło mnie. Chodziło o nasze oburzenie i agresję, która tylko będzie nakręcała ich agresję i pozwoli z nas, kobiet zrobić „szmaty”, które krwawią, mają „rozjechane cipy” i… różne inne ciekawostki, które gównażerii ślina na język przyniosła. 

Tak. Kobiety czasami wysyłają swoich mężów, narzeczonych, ojców na zakupy tego typu asortymentu, ale później słyszą czasami „nigdy więcej mnie po to nie wysyłaj, najadłem się tyle wstydu”…

Ciekawą sytuację miałam przy ostatnim sierpniowym (tak się łudzę) zakupie tamponów (podpasek używać nie mogę, o czym później). Wzięłam pudełeczko tamponów z półki, włożyłam do koszyka i poszłam do kasy. Przy kasie facet. Rzadkość. Ale mnie to akurat bez różnicy, przecież chyba wie, po co są tampony i chyba klauzula sumienia nie zabrania mu sprzedaży tego produktu? Z radością obserwowałam jego zachowanie. Zmiana koloru na purpurowy. Elegancko. Zaczął się nawet pocić, bo kod nie chciał się wpisać z czytnika. Z ulgą wręczył mi zawiniątko (chociaż prosiłam, żeby nie pakował, bo mam w co włożyć zakupiony produkt) i ani razu na mnie nie spojrzał. Rozumiecie? Jakbym była trędowata. Albo jakbym właśnie poświeciła mu gołym tyłkiem przed oczami. Wyjęłam tylko pudełko z siatki, siatkę oddałam i powtórzyłam, że nie prosiłam o nią.

U mnie w domu, mimo iż mogłam rozmawiać na różne tematy z mamą, nie pamiętam za bardzo pogadanki podpaskowo-tamponowej. Ten temat jest lekko stabuizowany. Nie ma chętnych, żeby rozmawiać o rozmiarach, zaletach, wadach. Dopiero kiedy ja zaczęłam mówić, że nie mogę stosować podpasek, bo ich zapach i wygląd przyprawia mnie o mdłości i świszcze mi w uszach przy wymianie osprzętu, a nie wiem jak wybrać tampony — pojawiły się jakieś sugestie. Jednak testy musiałam przeprowadzać sama. Czytałam instrukcje, zalecenia, uwagi… Czyli selflearning, jak przypuszczam w wielu innych przypadkach. Nie ma po prostu nawyku mówienia o sprawach tak powszechnych, jak okres. Nic więc dziwnego, że później robi się raban o karmienie dzieci piersią w miejscach publicznych, czy masę innych w sumie naturalnych i normalnych spraw.

§2 Język

To, że nie mówimy o własnym krwawieniu, związane jest silnie ze średniowiecznymi przekonaniami, że coś, co krwawi parę dni i nie umiera, nie może być boskim stworzeniem. Poza tym ta nieczystość, do której przekonuje kościół katolicki, a także wiele innych wyznań i lokalnych wierzeń tradycyjnych. Czego nie wolno krwawiącej kobiecie? Cóż, całe księgi na ten temat powstały przytaczać ich tutaj nie będę. Jesteśmy więc wychowywane w przekonaniu o swojej nieczystości i swoistej gorszości. 

Dla mnie najbardziej upierdliwe jest samo nazewnictwo. Ja mówię, że mam okres. Od prawie ćwierć wieku walczę ze wszystkimi o ten cholerny okres. Zamiast niego dostaję menstruację (!) albo miesiączkę (!). Dlaczego ja mam okres, a wszystkie inne nie? Dla mnie sprawa jest prosta: po pierwsze nie toleruję słowa menstruacja. Mnie to się kojarzy z MEN — a ja sobie faceta w centrum mojego okresu nie życzę. W końcu okres jest mój. (Tak, tak, dziecinada). Oczywiście, że etymologicznie wcale nie chodzi o angielskie słowo men, bardziej o łacińskie menses (miesiąc). Jeśli uznamy, że miesiąc to luty to może większość z nas załapie się na tę menstruację. Ale samo jej brzmienie jest jak rycie skóry papierem ściernym. Po drugie moja tolerancja do zdrobnień nie istnieje. Nie akceptuję „miesiączki” ani „miesiączka” (czyli Księżyca). Dla mnie te słowa są beznadziejną infantylizacją czegoś poważnego, w moim przypadku bolesnego i utrudniającego mi normalną egzystencję. Nie mam ochoty infantylizować swojego cierpienia. A Wy róbcie, co chcecie.

Poza tym już kiedyś zastanawiałam się nad tym, patrząc na rodzaj w różnych nazwach chorób i przypadłości. Migrena jest kobietą, Menstruacja, Miesiączka, Angina, Gruźlica, Grypa, Ospa, Odra, Rzeżączka, Grzybica… Ale jest też pan Ból, Dur Brzuszny, Nowotwór, Guz… Skoro mój okres jest bólem: fizycznym i psychicznym, to nie może być kobietą. Dlatego od początku był panem Okresem (i kłócę się o to zawsze i ze wszystkimi). 

Myślę również, że to trochę tak jak z częściami ciała. Na lekcjach biologii będą waginy, penisy albo sromy i prącia… Ale nigdy inaczej, bo przecież cipa, cipka to obelżywość (to drugie na dodatek zinfantylizowana obelżywość), fiut czy fiutek też nie przejdzie. Ba, poza lekcjami biologii nie wymawiamy tych słów, tak jakby te części ciała nie istniały. I tu przypomniałam sobie o sytuacji sprzed lat, kiedy najstarszej w rodzie damie zrobił się syfek na wargach sromowych — bolało ją „tam”. „Tam” stało się tematem żarcików (głównie moich oczywiście), bo doprecyzowanie miejsca i doradzenia środków zaradczych zajęło nam wiele godzin. Powiecie starsze pokolenie. Jasne, ale to jej matka miała książki wydane w latach dwudziestych poprzedniego wieku o tym, jak sobie radzić będąc kobietą z krwawieniami miesięcznymi (tak to tam nazywano) i całą masą kobiecych przypadłości. I w książce przeznaczonej dla czytatej biedoty używano w sposób normalny słów, które dziś są niemalże zakazane. Ta książka była na dokładkę przedrukiem z czasów wcześniejszych, czyli wiktoriańskiego zaścianka… a mimo to, poruszało się pewne tematy. Dodam jeszcze, że była dostępna w każdym sklepiku z prasą codzienną. Kobiety z trudem dziś rozmawiają o cyckach, waginach, siusiakach, czy swoich doświadczeniach intymnych, bo są one „intymne”, czyli schować pod dywan, do szafy, albo jeszcze głębiej…

Pamiętam, jak parę razy podjęłam rozmowę międzykobiecą o doznaniach erotycznych i rozmiarach penisów… te wypieki na twarzach wiele mówiły… No cóż. To są właśnie powody, dla których nie będę milczała. Czy kogoś to brzydzi, czy nie — temat OWG (jak roboczo nazwałam kubeczek/ miseczkę menstruacyjną — wiecie już, dlaczego nie podoba mi się nazwa: infantylny papier ścierny) pojawia się i w miarę moich możliwości (tak jak do tej pory) będę odpowiadała także na Wasze prywatne pytania.

§3 OWG, czyli okresowy wkład gumowy

Jeżeli zainteresuje Was ten produkt, warto wejść na tę stronę (ja tam kupowałam swój) i poczytać. Możecie również dobrać rozmiar dla siebie (ja właśnie tak zrobiłam i uważam, że zamieszczony tam test dobrze określa pasujący model). Co jeszcze? Wybór kolorów oraz zakończeń, za które będziecie to ustrojstwo wyciągały, jest dowolny — po pierwszych testach uważam, że wybrałam idealnie (czyli pętelkę), bo łatwiej jest mi złapać OWG i wyciągnąć.

Zanim zaczął się okres sprawę „przećwiczyłam”. Krok pierwszy: wygotować. W instrukcji napisali 2-3 minuty, ale dla mnie brakuje precyzyjnego opisu, co ktoś rozumie przez „wygotować” — gotować aż zacznie wrzeć i liczyć te 2-3 minuty, czy wrzucać na wrzątek i gotować 2-3 minuty? Wybrałam drugą opcję. Myślę, że o to chodziło.

Krok drugi: testing. W instrukcji jest parę metod wkładania OWG, więc postanowiłam sprawdzić, czym się różnią, jak głęboko należy ustrojstwo zamontować, żeby nie przeszkadzało… I tu masa zaskoczeń. To, co wydawało mi się trudną sztuką, jest proste (jak na ten moment). Zarówno włożenie, jak i wyjęcie kubeczka nie wymaga wielkiej sztuki. Chyba swego czasu więcej męczarni miałam z tamponami. Instalowanie OWG jest proste. Na tym etapie nie wiedziałam, czy to faktycznie nie przecieka, czy jak będzie napełnione, to równie łatwo będzie to wyciągnąć (i się nie uwalić)? Ważne było jednak to, że kubeczka nie czuć. Jako użytkowniczka tamponów stwierdzam, że większy dyskomfort powodują tampony (mimo iż stosuję je od co najmniej dwudziestu paru lat). O co chodzi? Używałam głównie tamponów O.B., niestety w którymś momencie wprowadzono „ulepszenia” i pokryto tampon siateczką (jak na podpaskach Always), czyli czymś plastikowym, co ryło mi skórę. Dlatego z przyjemnością przeszłam na tańszy zamiennik z Rossmanna. Wcześniej testowałam też tampony Belli i Tampaxa — nie potrafiłam się z nimi „dogadać”, więc współpracy zaniechałam. Do dziś w moim podręcznym zapasie są te waciane, zwykłe tampony z Rossmanna. Minusem tamponów jest to, że do załatwiania potrzeb trzeba je wyjąć i wymienić (nie zawsze pamiętałam, że mam zabrać ze sobą zapas), bo inaczej zasika się sznurek i tampon namięka… Nic fajnego. Kubeczek nie sprawia takich problemów. Opróżniać trzeba go co 8 do 12 godzin. Trochę bałam się kwestii związanych z krwią — ja na widok i zapach krwi mdleję. Całkiem serio. Świszcze mi w uszach, robi mi się zimno, pocę się i mam ciemno przed oczami. A później to już tylko leżę na podłodze… Dlatego byłam zmuszona do przejścia na tampony, które z zasady nie mają zapachu (krew wsiąka, ale przez fakt wsiąkania wewnątrz bez nadmiernego dostępu powietrza, nie psuje się — jeśli wymieniamy tampony regularnie nie co 8 godzin!). Do tego tampon zawijałam w papier i często nie zdążyłam zobaczyć jego koloru. Szybka piłka. Trochę świszczenia, ale żadnych tragedii. Martwiąc się, że OWG muszę płukać przy opróżnianiu, zakupiłam model czerwony — żeby siebie oszukać. Czy skutecznie?

Krok trzeci: zastosowanie podczas krwawienia. Jak już wspominałam — okres u mnie to bój fizyczny i psychiczny. Psychiczny dlatego, że hormony wariują — wzruszam się czymkolwiek, złości mnie wszystko (najbardziej własna niemoc) i generalnie chce mi się jeść i spać jednocześnie, ale zasnąć nie mogę, a wszystko smakuje beznadziejnie. Kończy się na chipsach i coli (do tej pory w zestawie bywała też gorzka, wegańska czekolada, ale coś przestała smakować).  Ponieważ dokładnie wiem, kiedy zacznie się krwawienie — taki dziesiąty zmysł — to raczej nie miewam plamistych niespodzianek. Zdarzały się natomiast wycieki (sporadycznie, raz na parę lat). Zawsze jednak jest trauma, że się przecieknie. Są takie projekty prowadzone przez feministyczne aktywistki, gdzie krwawienia i plamienia są formą performatywnej akcji „oswajania” tematu. Nie ważne jednak, jak bardzo temat mam oswojony, dla mnie plama krwi to dodatkowy problem — mogę zemdleć. A to już nie da się artystycznie wytłumaczyć…

Dlatego też miałam obawy. Czy przecieknę? Czy dam radę umyć ten cholerny kubeczek z zawartości? Czy jak go będę wyjmowała, to się upierniczę? No więc tak to wygląda w praktyce: Nie przeciekłam. Czyli pierwszy sukces. Kubeczek świetnie się trzyma, ale też pozwala się wyjąć. Nadal potrzebuję większej wprawy, ale jak na pierwsze stosowanie, jest dobrze. Z myciem był mały dramat. Wreszcie doceniłam swoją zapobiegliwość sprzed lat i zamontowanie umywalki w ubikacji. Bez tego leżałabym jak nic na podłodze. Na moje szczęście siedząc na tronie, nie widzę zawartości kubeczka trzymanego pod bieżącą wodą. Jejku, jak dobrze! A co ważne wyjmując OWG nie uwalałam się jak prosię we własnej krwi… Może dlatego, że z ciekawości i dla wprawy dość często sprawdzam OWG, a to sprawia, że nie zbiera się w nim za dużo płynów, które mogłyby się ulać podczas wyciągania. Wszystko więc nadal przede mną. Bo przecież na jednym okresie testy i nauka się nie zakończą.

§4 Uwagi

Jeżeli planujecie zakup OWG, polecam wskazaną stronę. Są też inne, na których przeczytacie, że: kubeczek należy wygotowywać w specjalnym roztworze (kupuje się tabletki jak do zmywarki) albo że należy go trzymać w specjalnym pojemniku (tymczasem producent mojego OWG zaleca trzymanie ustrojstwa w woreczku, który załącza i wręcz odradza trzymanie w zamkniętych i niewentylowanych pojemnikach). Możecie poczytać też uwagi tu i tam na forach — ja tego nie zrobiłam akurat, bo nie czułam się na siłach do czytania części rzeczy, które tam się pojawiają (słynne umiejscowienie „tam” i inne przeboje). 

Ceny kubeczków są różne. Zawsze dochodzi jeszcze cena dostawy — bo z moich poszukiwań aptekowych, kubeczki nie są (raczej) sprowadzane do aptek. Poza tym już sam fakt zapytania o kubeczek w aptece (byłam w czterech różnych sieci) wprowadzało farmaceutki w osłupienie (dwa przypadki), zniesmaczenie (jeden) lub zakłopotanie (również jeden). Te dwie pierwsze po chwili zaskoczenia dopytywały o produkt i zapisywały sobie nawet producenta, a po pewnym czasie dawały znać, czy to da się ściągnąć (niekoniecznie, bo na jedną sztukę im się nie opłaca, a mnie tym bardziej, bo cena wyższa niż w internecie z dostawą do rąk własnych). Pani zniesmaczona odmówiła współpracy (o dziwo kobieta plus minus w moim wieku, więc ani stara, ani młoda). A ta zakłopotana myślała chyba tylko o tym, żebym już sobie poszła i oczywiście w tej aptece nie dało się zamówić OWG. Przyznaję, że ten eksperyment zaciekawił mnie na tyle, że chyba będę go nadal prowadziła, sprawdzając stopień otwartości farmaceutów. Co do cen — producenci przewidują, że kubeczek może służyć 10 lat. Koszt z dostawą to ~75 zł. Koszt tamponów (najtańszych) na rok dla mnie ~60 zł. Czyli opłaca się zainwestować nawet w parę takich kubeczków i mieć na wymianę w razie potrzeby…  

Jest jeszcze jedna rzecz, być może ja coś źle robię, ale czegoś nie ogarnęłam jeszcze. W instrukcji znajdziecie informację, że możecie palcem sprawdzić, czy kubeczek dobrze przylega do ścianek pochwy. Mnie to się nie udało, a po drugiej próbie odpuściłam. Uznałam, że jak źle leży to przecieknę i już… Także nie przejmujcie się tego typu propozycjami w instrukcji. 

W razie potrzeby pogadania, konsultacji (specem nie jestem, ale zawsze mam tych parę nowych doświadczeń, którymi mogę się podzielić) piszcie. 

Komentarze są wyłączone.