[068] zaufanie

Mam wrażenie, że zaufanie jest czymś, co pozwala nam trwać we wspólnotach. Ufamy, że nie ma złych intencji. Tymczasem wszędzie czai się spisek. Czasami wynika on z nieświadomości, czasami z niekompetencji, czasami jednak jest planowym działaniem, które ma na celu uzyskanie profitów. Czy wszyscy kłamią? Łudzę się, że nie. Jednocześnie na każdym kroku pojawiają się sytuacje, które pozwalają mi sądzić inaczej.

Historia pierwsza — kiedy znasz prawdę

Ktoś silący się na mądrość powiedział „prawda jest jak dupa, każdy ma swoją”. Pomijam trywialność, ważne w tym miejscu jest to, że autor sugeruje wielość prawd. Zgoda. Każdy z nas postrzega inaczej pewne fakty, ale fakty pozostają jedne i te same — czyli prawda jest jedna, ale ma wiele interpretacji. Z tym się zgodzę. 

Ponieważ nawet w głębokiej paranoi należy znaleźć sobie chociaż jeden punkt odniesienia, coś, w co uwierzymy, ja postanowiłam ufać sobie (umiarkowanie, ale mimo wszystko). Dlatego nie ufam mediom (żadnym) ani plotkom (chociaż biorę pod uwagę możliwość istnienia ziarna prawdy). Jeśli moje zaufanie zostało zawiedzione, wykluczam coś lub kogoś z kręgu wpływów. Dlatego nie oglądam telewizji, nie słucham radia i nie czytam prasy — widuję jednak na FB rozmaite nagłówki, które mniej lub bardziej zgłębiam (głównie po to, by się upewnić, że ponownie skłamano). 

Do swoistego sceptycyzmu namawiam też najbliższych, którzy mają tendencję do ślepej wiary w media. Opowieść, którą zaraz zaprezentuję, pozwoliła mi jednak, na otwarcie oczu np. Starszej Pani. 

Starsza Pani ma koleżankę. Mieszkały razem przy Pomorskiej. Kiedy ich dom miał być wyburzony (nie został) przeprowadziły się w różne części Łodzi, ale znajomość utrzymały. Koleżanka Starszej Pani (nazwijmy ją Panią F.) ma dwie córki, wnuka i dwóch prawnuczków. Wszyscy oni mieszkają w Niemczech. Co pewien czas Pani F. wyjeżdża do Niemiec, gdzie nie czuje się dobrze, bo nie zna języka, nie ma tam nikogo poza dziećmi. Dlatego też nie zdecydowała się na zamieszkanie przy córkach. Lubi wracać do Polski, gdzie spotyka się z rodziną ze wsi, z koleżankami (w tym ze Starszą Panią). Zwykle obdarowuje wszystkich niemieckimi słodyczami i kawą (bo niemieckie znaczy lepsze)… Starsza Pani i Pani F. mają fiksację na punkcie grzybów — w tym roku na ryneczku z grzybami nie było aż tak różowo, więc Starsza Pani zamówiła suszone i słoikowane grzyby u innej koleżanki, której zięć, dorabia sobie sprzedając dary natury. W sobotę 17.10. Starsza Pani rozmawiała z Panią F. i ustaliły, że Pani F. przekaże kasę na grzybki w nadchodzącym tygodniu, bo już wtedy powinny wiedzieć, jakie są stawki. Obie Panie umówiły się na telefon i ustalenie terminu wizyty. 

Koleżanka od grzybów zadzwoniła w niedzielę 18.10. przed południem i podała ceny przetworów. Starsza Pani zanotowała sobie dane i zaczęła dzwonić do Pani F. Ta nie odebrała telefonu. Starsza Pani wykombinowała sobie, że pewno Pani F. pojechała na wieś do swojej dalszej rodziny, bo w sumie miała taki plan. Jednakże wieczorem nadal telefonu nie odbierała. Starsza Pani należy do choleryków, poziom jej zniecierpliwienia szybko wzrasta podsycany piekielnymi wizjami. Zadzwoniła więc do sąsiadów Pani F., którzy mają klucze do jej mieszkania (doglądają go, kiedy Pani F. wyjeżdża do córek). Sąsiad powiedział, że ciemno jest w oknach i pewno pojechała na wieś. No w sumie mogła, ale Starsza Pani poczuła się źle, bo przecież umawiały się, przecież miała przekazać pieniądze, bo tak, to Starsza Pani nie wie, czy wystarczy jej pieniędzy na zapłacenie za dwa zamówienia. Dzwoniła więc nadal. Dzwoniła cały poniedziałek 19.10., także na wieś, gdzie Pani F. nie było, znowu zadzwoniła wieczorem do sąsiadów wiedziona przeświadczeniem, że stało się „coś złego”. Sąsiad powiedział, że Pani F. nie ma, bo wnuczek był u niej, dzwonił do drzwi i nikt nie otworzył. Drugi wnuczek był na dole przy domofonie.

Sąsiad poszedł rano we wtorek 20.10. do mieszkania Pani F. i zastał ją śpiącą w łóżku. Zimną. Zadzwonił na pogotowie. Pogotowie zadzwoniło na policję, jak tylko poruszyli głową Pani F. i z ucha poleciała krew. I o ile we wtorek pierwszym szokiem była dla nas wiadomość, że Pani F. zmarła, to we środę informacja o morderstwie i rabunku wytrąciła nas z równowagi. Wiadomo — we wtorek Starsza Pani ćwiczyła apopleksje i narzekania, że córka zezwoliła matce na podróż do Polski, że Pani F. była całkiem sama, a źle się czuła itp. Pełna linia potępienia. We środę Starsza Pani doszła do wniosku, że boi się o własne życie (nagle) i jak to się mogło stać. Nagle przypomniała sobie, że jeszcze w sobotę, kiedy rozmawiała z Panią F. padły słowa, o jakimś chłopaku, którego Pani F. poznała w autobusie do Polski i on jej pomógł z bagażami. Ale nie spodobał się Pani F., która zaanonsowała, że więcej go nie wpuści. Dotarło do niej także, że nie jest możliwe, by sąsiad widział wnuczka Pani F., czy nawet prawnuczka, bo ci są w Niemczech. 

Jeszcze wieczorem we środę wiedzieliśmy, że sprawca został schwytany. Nie znałyśmy wszystkich faktów, ale było nam przykro: bo latem Pani F. pochowała starszą córkę, która zmarła nagle na raka, a tu morderstwo. Takie rzeczy dzieją się w filmach, książkach — nie w życiu! 

I tu zaczyna się ciekawa część, czyli media. Dwie z lokalnych łódzkich gazet podały, że sprawcą jest 39-letni mieszkaniec Łodzi z ulicy Wschodniej, który siedział już w niemieckim więzieniu za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Pani F. znała sprawcę, ponieważ był on pracownikiem jej wnuka. Czasami płaciła mu małe sumy za pomoc i zapraszała go na posiłki — o takiej zażyłości nic nie wiemy, ponieważ Pani F. opowiadała tę znajomość inaczej: pomógł raz, nie spodobał się, miał nie być wpuszczony. Dlaczego Pani F. otworzyła drzwi? Raczej się nie dowiemy. W prasie była także informacja, że do morderstwa doszło w poniedziałek w godzinach wieczornych. Córka Pani F. dzwoniła do niej w niedzielę i rozmawiała przed południem. Starsza Pani dzwoniła po 15.00 i już nikt nie odbierał. Co działo się między niedzielnym popołudniem a wyznaczoną datą zgonu? Tego nie wie nikt. Kim był rzeczony „drugi wnuczek”, który czekał przy domofonie? 

Te dwa gazeciane przekazy są oparte na słowach sprawcy, przekazanych przez rzecznika Policji. Czyli nie zawierają odpowiedzi na pewne pytania… Policji taka wersja wystarczyła. OK. Do skazania wystarczyłoby samo przyznanie się do winy, sprawca podał także powód: „myślał, że Pani F. przywiozła od wnuka z Niemiec jakieś pieniądze”.

Jednak internet to nie tylko dwie gazety… to również inne periodyki, mniej rzetelne, które zaprezentowały wersję sąsiada. W ten sposób dowiedzieć możemy się o tym, że to wnuczek zabił babcię, po czym ją okradł. Hejt i nagonka na rzeczonego wnuczka rozkręcają się w najlepsze.

Kiedy piszę te słowa, trwa pożegnanie Pani F. na jednym z łódzkich cmentarzy. Ciało zostało wydane. Sprawa „zamknięta”, bo sprawca przyznał się do winy. Każdy z nas zna swój fragment, jednak poskładanie tej historii w całość sprawia, że wątpimy w… PRAWDĘ. Gdybym była czytelnikiem gazet, gdybym nie znała „zaplecza” tej opowieści, pomyślałabym sobie: głupia kobieta, dała się zwieść, historia jak wiele innych. Ale to, co zostało ujawnione, nie jest całą prawdą. Nie mówi, co działo się między 15.00 18.10. a 21.00 19.10. Nie mówi, kim był rzeczony „drugi wnuczek”, ani jak przebiegała zbrodnia. Może to i lepiej… Ale z drugiej strony — tu właśnie fakty rozmijają się z interpretacjami. 

Historia druga — kiedy prawdy nie znasz

Inny przykład. Jeden z wielu w tym tonie, które pojawiają się ostatnimi czasy — czerwone mięso, bekon i przetworzone wędliny powodują raka. Początkowo ten news biegał parę lat temu, jako coś, co miało przekonywać ludzi do rezygnacji z jedzenia mięsa. (Uwaga! Piszę to jako weganka!) 

Później sprawa ucichła, by powrócić przy raporcie WHO. Światowa Organizacja Zdrowia, która powinna być instytucją zaufania publicznego, pozwoliła sobie na daleko posuniętą niekompetencję. Od tygodni świat obiega wieść o rakotwórczym mięsie. Najpierw jako przeciek, plotka, później jako informacja nieoficjalna, obecnie jako fakt, który znalazł swoje miejsce w raporcie. 

Nie jestem specem od nowotworów. Nie jestem specem od żywienia. Ale… jak to tej pory większość speców (i mówię tu o prawdziwych pasjonatach, praktykach i osobach głęboko zaangażowanych w tematykę) nie potrafi powiedzieć na 100%, co sprawia, że rak rozwija się u jednych lepiej u innych wcale. Co go powoduje i jaki wpływ ma na to żywienie. Paru dietetyków przyjmuje stanowisko podobne do mojego, że w kwestiach żywienia trzeba zaufać organizmowi — nie nawykom i zachciankom, ale instynktowi. Wówczas jest szansa, że to, czego potrzebuje nasz organizm, nie będzie mu szkodziło. Ja nie mogę jeść mięsa. Rezygnacja z substancji pochodzenia odzwierzęcego także wskazuje na to, że… mój organizm ma się lepiej. Ale to jest mój przypadek, a każdy z was stanowi przypadek odrębny — mamy inne geny, inny skład chemiczny. Czasami ta inność jest tak niezauważalna na pierwszy rzut oka, że trudno w ogóle mówić, że istnieje — jest jednak na tyle istotna, że powoduje znaczące różnice w przetwarzaniu substancji odżywczych.

Możemy więc przyjąć, że najbardziej racjonalna odpowiedź brzmi: nie ma jednogłośnie przyjętych aktywatorów raka. 

Pisałam już kiedyś o przypadku z glutenem i badaniami, które okazały się: 1. sponsorowane; 2. źle przeprowadzone od strony metodologii i sposobu interpretacji danych. Wyobraźcie sobie, że taka fuszera trafia do WHO, a oni ją publikują. Niewyobrażalne? A jednak. Wieść gminna głosi, że sponsorem badań dotyczących czerwonego mięsa, wędlin i bekonu jest producent aromatu wędzarniczego… Mimo całej mojej miłości do zwierząt. Mimo olbrzymiej chęci przekonwertowania całego świata ludzi na dietę roślinną… wiem, że są tacy, którzy muszą jeść mięso — bo kiedy go nie jedzą, mają zawroty głowy, leje się z nich, źle funkcjonują. Zupełnie jak ja na mięsie. Akceptuję tę różnorodność. Z trudem, ale mimo wszystko. (Nie znaczy to, że przestaję promować dietę roślinną). Jednak kiedy czytam, że wielka organizacja dała się zwieść i zawiodła tak naprawdę zaufanie publiczne… Dochodzę do wniosku, że na zaufanie każdy musi sobie zapracować — także instytucje, a może przede wszystkim instytucje. 

Konkluzja

Pozostanę po stronie „mojej prawdy”, bo najprościej jest mi ją zweryfikować i znaleźć oś problemu. Ale z olbrzymim brakiem zaufania odnoszę się do cudzych relacji/ interpretacji prawdy — za dużo manipulacji, za dużo prób zmiany ludzkiego nastawienia, na odpowiadające nam.  

Póki pamiętam, że światem rządzi kasa i układy (zmieniające się) mam szansę trwać poza wioską, czekając na swój sen. 

Komentarze są wyłączone.