[069] „mam plan, że radę dam”

Chciałam napisać Wam o łódzkiej wojence futbolowej, ale… okazuje się, że jedno z haseł, które napisał ktoś na murze wpasowuje się w moją rzeczywistość.

Na Ansztata widniał napis „mam plan, że plamy nie dam”… Za każdym razem idąc tamtędy na zajęcia myśl ta przeszywała mnie na wskroś i paluchem wskazywała na magisterkę (która powstawała w bólach). Z czasem doszłam do wniosku, że to w sumie takie trochę mało afirmatywne hasło. Ma w końcu negację. Zmieniłam więc je dla własnych potrzeb, gdzieś w okolicach obrony, kiedy ktoś napis zamalował.

Dziś jest on jak znalazł. Powtarzam go sobie i staram się nie spanikować.

Tak zamiast napisów na murach, przeczytacie dziś opowiastkę dziwnej treści, czyli coś z mojego życia.

Mam wrażenie, że każdy ma swój sen o wielkości. U jednych jest nim bogactwo, u innych miłość, rodzina, akceptacja, jeszcze u innych talent. Po prostu każdy o czymś śni. Władcy umysłów, manipulanci zwani coachami motywacyjnymi wmówią Wam, że możecie wszystko, możecie być kim chcecie. Powiedzą to nawet w taki sposób, że im uwierzycie. A później kupicie ich kolejne książki, kolejny wstęp na wydarzenie z ich udziałem itd. Nigdy to na mnie nie działało. Ja wiedziałam, że mam swój sen o wielkości. Ale takiej wielkości, która nie ma ograniczeń, mogę wszystko — cokolwiek zechcę. Wizualizowałam siebie w śmiesznym wdzianku superbohaterki i uważałam, że to ładny sen. I tylko sen.

Wszelkie moje działania, które czułam, kochałam, które mnie uwznioślały po prostu odpychałam. Wchodziłam głębiej i głębiej do szafy. Bałam się, że będę nie taka, jak w swoim śnie. Że któregoś dnia okaże się, że jednak czegoś nie umiem, nie potrafię, nie mogę i nie ulegnie to zmianie i nie podlega dyskusji. To „nie” było moim znakiem stopu… Dlatego na rękę była mi ucieczka z chóru ponad ćwierć wieku temu. Na rękę była rezygnacja z malarstwa, odsunięcie się od maszyny do szycia itp. Bałam się nie tyle porażki, bo upadać może każdy. Bałam się oceny. Obawiałam się tego „nie” — „nie rób tego, to ci źle wychodzi”, „nie warto”.

Jednak w którymś momencie pękły we mnie te lęki i postanowiłam po prostu żyć. Poszłam do chóru akademickiego. Dostałam się na studia archeologiczne. I resztką sił jeszcze na doktoranckie na socjologii. Jedyne czego się boję, to wyciekanie sił…

Więc jeżeli kiedyś dojdziecie do wniosku, że boicie się działać — nie słuchajcie podszeptów. Dacie radę. No bo jeśli nie Wy, to kto?

Komentarze są wyłączone.