[070] cykliczność

Czeka na Was osiemnaście zaplanowanych wpisów. Nie wiem, kiedy się pojawią. Zapadłam się pod ciężarem podwójnych studiów, zajętych dni i działań na różnych płaszczyznach. — Napisałam te słowa w grudniu, kiedy musiałam zmienić layout strony, ponieważ poprzedni przestał współgrać ze wtyczką do zdjęć… Jest luty. Zawieszona jestem, gdzieś pod sufitem. Razem z zaplanowanymi działaniami. Stawiam małe kroczki. Nie jestem łapczywa — oddycham powoli, miarowo.

Przez ostatni rok, mimo stresów i dużego tempa nie chorowałam — teraz odpadłam. Z poczuciem pomyłki, ironii, żartu… I z pytaniem: mam dalej kopać się z koniem? To moje prywatne bitewki, które może podejmę, a może oddam pole bez walki. W końcu nie gram w żadne gry. Nie muszę przestrzegać zasad, których dla mnie nie ma. Leżę z zatkanymi zatokami i usiłuję cokolwiek robić — czasami nadrabiam zaległości i coś oglądam. Tak odkopałam „Lucy” Luca Bessona.

Ostatnie zdanie o otrzymanym życiu i wiedzy, co z nim mamy zrobić, połączyło się z trzema rozmowami, które dziś odbyłam. Rozmowami o kryzysie wieku średniego — tak, on istnieje. Tak doświadczamy go wszyscy (raczej), chociaż objawy mamy różne i różnie sobie z nimi radzimy. Nie, nie ma wielu kryzysów wieku średniego — jest jeden. Jeżeli uporamy się z nim świadomie, damy radę iść dalej bez powrotów do namolnego pytania: co dalej? Jeżeli będziemy go ignorować — przybierze formę czkawki i zostanie z nami do czasu „ogarnięcia się”.

Skąd bierze się ten kryzys? Różnie. Przychodzi z czasem. Rozsiada się wygodnie i przygląda oceniająco: „no popatrz, nie masz z kim rywalizować, już wszystko masz…. a i tak nie masz absolutnie niczego”; albo: „och, jak to się stało, że tyle lat minęło, a ty nadal nie wiesz, kim chcesz być?” — pytania mogą być uporczywe, nawracające, wiercące dziurę w brzuchu, doprowadzające do szału. Nagle okazuje się, że wszystko, czego nas uczono jest „po nic”. I wierzcie mi, nie mówię o wiedzy ze szkoły, czy ze studiów (chociaż i ta często ma się nijak do naszego życia). Chodzi mi o te wszystkie odruchy — zasadź drzewo, zbuduj dom… To fikcja. W którymś momencie to dociera — jesteśmy, istniejemy… ale nie po to, by realizować te wszystkie rzeczy. I nie chodzi też o to, by tych rzeczy naustawiać sobie dużo w kolejce, licząc na to, że z pełną listą rzeczy do zrobienia, miejsc do zobaczenia, celów do zrealizowania uda nam się wymknąć tej pokrętnej myśli, że chyba jednak nie o to chodziło.

Być może nigdy nie poznamy prawdziwego celu naszej egzystencji — nie zrozumiemy właściwie przekazu filmowej Lucy. Może będziemy prowadzić do tego namnażania komórek, dzielenia się ich. A może postanowimy coś innego — jedno jest pewne: kryzys nam nie ominie. To przenosi mnie do innych dźwięków Raur’ego, tym razem podszepty były diabelskie. Więc biegnijcie lepiej… Byle szybko…

Nawarstwia się coś. Jeszcze nie wiem co.

Komentarze są wyłączone.