[071] Paradoks i kulinarne „znieczulenie”

To był bardzo intensywny czas. Skończyły się różne rzeczy (np. studia archeologiczne, konferencja). Zaczęły się inne. Wszystko płynie, wszystko w ruchu.

Przesilenie nadciąga złowieszczo i trudno jest mi zrobić cokolwiek. O rzeczach kreatywnych nawet nie wspomnę. Czekam razem z plikami, folderami i całą masą różności na „lepszy moment”. Mam nadzieję, że nadejdzie.

W takich chwilach czuję się odrobinę poza sobą — nie tylko w sensie czasu, ale także miejsca. Dlatego sklejając rzeczywistość, przypatruję jej się z zaciekawieniem: np. zauważyłam, że czytając w sieci przepisy na rozmaite potrawy, absolutnie nie widzę w nich produktów, których jeść nie mogę. Tak jakby ich tam nie było, chociaż są. Kiedy ktoś mówi mi o jedzeniu, w mojej głowie odtwarzają się wersje roślinne — jakby nigdy nie było innych. Początkowo uznałam to za kulinarne „znieczulenie” — widzę i słyszę to, co chcę. Jednak z czasem skleiłam tę sytuację w jeden obraz: see no evil, hear no evil, speak no evil…

Tak właśnie powstał pewien eksperymentalny przepis, który za pierwszym razem mnie zaskoczył, a ponieważ za drugim udało się efekt zaskoczenia odtworzyć, uważam, że mogę się nim podzielić. W oryginale była to ryba zapiekana z cukinią w sosie beszamelowym. Wiadomo — oryginał może zrobiłabym ze 3 lata temu, ale traf chciał, że przepis wpadł mi w oczy dopiero parę miesięcy temu. I muszę przyznać, że natychmiast zwizualizowałam selerybę pod beszamelem… Jednak po kolei.

Do tego wytworu będzie potrzebna rynienka. Nie smarowałam jej niczym, ponieważ dno wyłożyłam warzywami włoskimi (jedna ze słoiczkowych wersji leczo, tyle że bardziej aromatyczna przez obecność selera). Następnie ugotowałam pokrojony w plastry seler, który mocno osoliłam (za drugim razem lekko go rozgotowałam, nie narzekam, nadal jest pyszny). Pomyślałam sobie, że ryby morskie są słonawe, więc i seler powinien być mocniej niż zwykle osolony (pomińmy fakt, że zwykle zapominam o istnieniu soli). Kolejny etap to zawijanie plasterków selera w liście nori. Liście kroję na pół i każdy plaster owijam w połowę takiego liście. Przy okazji jedną stronę selerowego krążka obtoczyłam w przyprawie arabskiej. Tak zawinięte plastry selerowe, już selerybne ułożyłam na warzywach. Kolejna warstwa to marchewka po marokańsku, czyli marchew smażona ostro-kwaśna (ta druga nuta pochodzi od kiszonej cytryny). Ostatnio wynalazłam taką ostrą oliwę, którą wlewam, gdzie się da (a później zionę ogniem). Trudno było się powstrzymać i tym razem. Marchew wylądowała na selerybie. Przyszła kolej na zrobienie beszamelu: mąka, oliwa, mleko sojowe oraz sól, pieprz i łyżeczka tartej gałki… beszamel wylądował na marchwi i zakrył zawartość rynienki. Nasypałam na wierzch płatki drożdżowe i wstawiłam rynienkę do piekarnika (nie kojarzę na jak długo, ale temperatura to 180 stopni).

Po wyjęciu naczynia na wierzch sypnęłam jeszcze mieszanką wiórków kokosowych z przyprawami i bułką tartą. Efekt? Odbiera mowę.

Oryginalny przepis zawierał cukinię, cebulkę i inne cuda — z całym szacunkiem, ale o tej porze roku z cukinią rynkową, czy sklepową nie współpracuję. Zwykle jest ona bez zapachu, więc albo sprowadzana i chemiczna, albo szklarniowa równie nieprzewidywalna i bez smakowych rewelacji. Być może latem zrobię wersję zbliżoną do pierwotnej, tymczasem fascynuje mnie smak zapiekanki, którą zrobiłam…

I tu przypomina mi się pewna sytuacja sprzed tygodnia (ja i czas…). Rozmawiałam z paroma osobami na temat ryzyka — podejmowania ryzykownych decyzji w życiu i „bycia odważnym”. Zdecydowanie większość potwierdziła, że zachowania ryzykowne zawsze zagrażają życiu. Wtedy pomyślałam sobie: „kto nie ryzykuje, ten nie żyje”. I poczułam absolutną wolność. By wybrnąć z tego paradoksu, należy chyba uznać, że jedyne czemu zagraża ryzyko to bezpieczeństwo, czy też spokój, nie zaś samo życie… A skoro już to wiecie — kto skacze ze mną w przepaść?

Komentarze są wyłączone.