[072] Ukryty tyran i przyczajona złość

Nie będę pisała już o tym, że gubię się w czasie. Nie czuję czasu, więc się nie gubię — proste. Skończyłam też z narzekaniem, że oto w zapisanych wyczekuje na publikację naście wpisów, że projekt taki i siaki też na coś czeka z mojej strony. Akceptuję: wszystko ma swój moment, a to znaczy, że nie ma sensu wpadać w panikę i marudzić. Poza tym Wy też nie macie poczucia czasu i w zasypie informacji wszelakiej, nie zauważacie przerw w dostawach słów i treści ode mnie (tego będę się trzymała).  Przejdę więc do sedna, skoro już znalazłam się w tej przestrzeni.

Jak prawdopodobnie wiecie, działam społecznie i to raczej szeroko (zarówno tematycznie szeroko, jak i aktywnościowo oraz strukturalnie). Uwiodła mnie (już dawno, bo jeszcze w zerówce, czyli ponad 30 lat temu!) myśl o demokratyzacji działań, oddaniu przynajmniej części decyzyjności w ręce grupy. Tak. Wiem, że to utopia, ale miałam (i mam) poczucie swobody i „czystego sumienia”, grania fair, jasności rządów, dostępności informacji. Nie w każdym projekcie jest tak samo, wnioskuję z doświadczenia, bo pracuję też w projektach zarządzanych inaczej. Teoretycznie dających wolność, praktycznie wolności pozbawianych (a czasami nawet za nadmiar kreatywności czy inicjatywy po prostu urywających skrzydełka). Czuję się w tych projektach stłamszona. Systematycznie opadam i jakoś nie mam po pewnym czasie siły, by robić cokolwiek. Nie mam ochoty. Kończy się na tym, że oferuję swoje wsparcie na zasadzie: „jak będę mogła w czymś pomóc, to wal śmiało”. Sądziłam więc, że dawanie ludziom możliwości decydowania o kształcie projektu, o jego przebiegu itp., będzie miłą odmianą: raz — dla mnie; dwa — dla uczestników. Dziś nie mam już tej pewności. Ba! Skłaniam się nawet ku twierdzeniu, że „nie da się pracować z ludźmi, bez jakiegoś stopnia zamordyzmu” — a przykładów na poparcie tego twierdzenia mam zbyt wiele, by z nimi dyskutować. Poddać się, czy walczyć?

Zdaję sobie sprawę z tego, że każdy rodzaj uogólnienia zabija indywidualizm. A przecież nasze współprace zależą od naszych osobowości, od priorytetów w naszym życiu, od tego jak układamy swoje dni, co aktualnie nas drąży, co wysysa nasze siły, jakie myśli na nas żerują. Uogólnienie wyrzuca te wszystkie bardzo ważne kwestie poza nawias, a nawias wyrzuca do utylizacji — i nie jest to recycling, ani żadna jego forma. Jak więc zarządzać projektem, dobrze go prowadzić, samemu nie tracić zapału i jednocześnie inspirować innych do działania, no i osiągać cel? Te pytania są poniekąd z gatunku: „jak mieć ciastko i zjeść ciastko?” Odmęty Absurdu w ostatnim czasie udzieliły odpowiedzi na to pytanie: „potrzebujesz dwóch ciastek”. Jak to zastosować do jednego projektu lub do wielu różnych projektów prowadzonych przez jedną osobę? Rozdwoić się (w każdym projekcie)? Mianować kogoś zastępcą i grać w złego i dobrego policjanta? Albo z jednej strony być tyranem, który zrezygnował z poczucia bezsilności i przejął kontrolę, z drugiej walczyć z własną złością na brak zaangażowania innych i nadal próbować ich angażować (prawie jak rozdwojenie… jaźni)?

Nie mam pojęcia.

Według mnie (ostatnie miesiące są potwierdzeniem) każdy z nas jest po trosze tyranem. Czaimy się ze swoimi żądzami: bo nie wypada, bo tyran to taki zły człowiek, bo to wstyd w sumie… Ale w którymś momencie poczucie bezradności przeradza się w złość, która tę cholerę w nas wzmacnia i pozwala wyleźć jej spod ziemi, wyczołgać się i… przejąć kontrolę. Wtedy już nie ma znaczenia, czy idziemy po trupach, czy nie. Plan zostaje zrealizowany. Jakby ten plan, czy projekt był bytem samym w sobie, którego istnienie ma jakiś sens i znaczenie. Jakbyśmy my sami byli kimś, kto zawsze ma racje, wie najlepiej, zna się na wszystkim… Aż korci mnie żeby zapytać: a co ma sens i czy cokolwiek go ma? Albo: co to znaczy mieć znaczenie? Kto o tym decyduje, kto znaczenia nadaje?

W demokratyzacji podejścia podoba mi się to, że mogę poznawać różne podejścia. Poszerzam swój światopogląd. Poznaję ludzi, nawet jeżeli nie chcą dać się poznać przez internety. Lubię też wielość wątków, chaos z którego powoli coś się wyłania. Męczy mnie jednak to, że za mało jest współdziałania i chęci ze strony partnerów: współprojektowiczek i współprojektowiczów. Męczy mnie, że każdy pragnie być samodzielny i poza projektem, bo wtedy „robi na swoją sławę”. Super. Wspieram decyzje tego typu. Doceniam chociażby chwilowe współistnienia, ale ta segmentacja, rozbijanie na pierwiastki wcale nikomu nie służy. Rynek jest nasycony… Mimo iż ciągle głodny.

W tyranii lubię porządek i mechanizację. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce, o których decyduję „ja” — nie okoliczności (jasne, to złudzenie). Nie mam jednak kontaktu, tego prawdziwego kontaktu z ludźmi. No i pozostaje kwestia strachu — ale tu akurat mam wrażenie, że strach wywołuję bez względu na to, jaką wybiorę metodę zarządzania. Czyli nie tyle ja jestem straszna, co Wasze wyobrażenie o mnie. Mnie to przeraża bardziej — serio.

Napisałam ten tekst po pierwsze dlatego, że liczę na zwrócenie Waszej uwagi — Waszej: uczestników różnych projektów, nie tylko zainicjowanych przeze mnie. Zwracam się do Was ponieważ liczę, że ten tekst w przeciwieństwie do wiadomości e-mailowch (o czym informują mnie ostatnio smutne powiadomienia wysyłane automatem), nie tylko zostanie wyświetlony, ale także przeczytany i zrozumiany. Zależy mi na partycypacji, na otwartości działań, na tym byśmy tworzyli rzeczy, które uznamy za fajne i wartościowe. Zależy mi na podobnym poczuciu misji i społecznego obowiązku. Czyli nadal brnę we wspólnotę — upór godny Don Kichota.

Po drugie chciałam pokazać, że prowadzenia projektów nie da się sprowadzić do kwestii posiadania dwóch ciastek. Można zrobić taki manewr, jaki uczynił Prezydent Słupska i powiedzieć „ja wiem, ja robię” (Robert Biedroń w rozmowie z Tomaszem Staśkiewiczem na pytanie o budżet na promocję miasta odpowiedział tak: „Zero. Nie mam żadnych środków. Zlikwidowałem Agencję Promocji Regionu, która wydawała każdego roku kilka milionów złotych, a efektów nie było żadnych. Zlikwidowałem rzecznika prasowego. Ja jestem najlepszym rzecznikiem prasowym mojego miasta, wiem najlepiej, co w trawie piszczy. Ponieważ radni nie chcą przekazywać żadnych środków na reklamę miasta, korzystam z tego, że jestem znany, rozpoznawalny. Oczywiście ze skutkiem dla miasta, choć to się może wielu nie podobać. Nie jestem tradycyjnym prezydentem i nigdy nie będę. Mam swoją filozofię działania. Nie będę siedział i narzekał, że nic się nie uda”), przy jednoczesnym całkowitym (a tak się da w jednym życiu?) lub częściowym oddaniu społeczności, którą się reprezentuje. Nadal nie wiem, jak to wprowadzić we własne życie (nie działam przecież na jednej płaszczyźnie, a próba połączenia wszystkich płaszczyzn może dać efekt przestraszny, o ile nie zabójczy). Dlatego ważne byście zdawali sobie sprawę z także z tego, jak sprawy mają się po tej drugiej stronie. Czyli od podszewki, gdzie możecie mnie spotkać.

Po trzecie… Liczę na Waszą aktywność (znowu… Zabawne, prawda?). Może macie jakieś własne przemyślenia i pomysły, jak poukładać świat naszych działań (wspólnych, czy w generalnym ujęciu), by praca dawała nam satysfakcję, a projekty były wysycone, pełne, wartościowe, inspirujące dla innych i… Po prostu fajne.

Po czwarte chciałam w ten sposób też parę rzeczy przeanalizować — sprawdzić, co wyłania się z mojego cienia. Okazuje się, że nadal jest to pragnienie współtworzenia i współdziałania — mimo wszystko. Oznacza to dla mnie różne zmiany, które wtoczą się, kiedy nadejdzie ich pora. Dodatkowo zauważyłam, że mam w tej chwili drugi wzorzec (przy czym ten drugi bardziej wyobrażeniowo, bo osobiście człowieka nie znam) „szefa” — obok Massimo ląduje Robert Biedroń (dziękuję za inspirację!).

(Komentarze możecie wrzucać na FB lub w mailach, bo zostawienie odblokowanych komentarzy tutaj sprowokuje ponownie propozycje związane z powiększaniem penisa, którego nie mam… No tak, może stąd te propozycje… W końcu ze mnie „kobita z jajami”, jak usłyszałam ostatnio.)

Komentarze są wyłączone.