[073] O analogii między pisaniem tekstu naukowego a grą w poszukiwanie pokemonów

Już widzę, jak się ktoś obraża. O sam tytuł. Trudno — dowodzi to słuszności tezy, że teksty naukowe w dobie powszechnej punktozy mają na celu nie tyle przekazywanie treści w ciekawy i wciągający odbiorców sposób, co po prostu zdobywanie punktów, przy założeniu, że tekst przeczytają jedynie studenci (i to też nieliczni), może recenzenci (w jakiejś części, by móc napisać bezpieczną recenzję) i czasami ktoś nam bliski, koto nas wspiera. Smutne prawda? Tyle godzin spędzonych na uderzaniu w klawisze, tylko po to, by zaistnieć w statystykach uczelnianych, zarobić na masło do chleba lub po prostu poczuć swoich pięć minut, kiedy znajdujemy własne nazwisko w spisie treści jakiegoś czasopisma lub książki…

Dawno temu (z 30 lat temu, więc chyba dawno), dziadek opowiadał mi taki żart o życiu uczelnianym i ilości czytanych książek wraz z pojawianiem się kolejnych przedrostków przed nazwiskiem. Z tej uczelnianej drabiny bytów wynikało, że profesor zwyczajny nawet nie musi czytać, bo ma od tego asystentów i niżej ustawionych kolegów, którzy albo wiedzą, gdzie rzeczy szukać, albo sami ją czytali. Teoretycznie, by być na górze — trzeba najpierw być na dole, czyli na logikę, coś z tym kawałem było nie tak. Nigdy jednak nie dyskutowałam na ten temat, bo i po co? Skoro kawał powstał, miał coś wyśmiewać i pewno twórcy kawału poprawiać humor. Tyle. Jednak kiedy patrzę na niektóre prace, a później dowiaduję się od recenzentów, że nie zawsze mają czas na czytanie przesyłanych do nich tekstów (a przecież z czegoś żyć muszą), to troszkę, ale tak troszeńkę zaczynam rozumieć sens żartu.

Skąd analogia do gry w poszukiwanie pokemonów? Z różnych dziwnych sytuacji. Znajomi opisują swoje zetknięcia z graczami, którzy często zamiast dostrzegać ludzi i świat, spoglądają przez ekran swojego telefonu i widzą… pokemona, a człowiek stoi im tylko na drodze do tego upragnionego celu i jakichś punktów, statystyk… No bo co z tej gry jest? Satysfakcja?

Pisząc tekst, zapominamy o człowieku, który mógłby czytać nasze słowa. Skoro już siadamy do komputerów i spędzamy godziny, dni, tygodnie, czy miesiące na pisaniu, byłoby świetnie pisać ze świadomością odbiorcy. Być może jest to jedynie mój problem, bo jestem dziwnie zafiksowana na to, że jak napiszę coś lekko, to trafię na podatny grunt. Tymczasem jest oczekiwanie nie tyle struktury (tę łaskawie zachowuję), co stylu bezosobowego — nie ja uważam, tylko uważa się…; nie zauważyłam, ale zostało zauważone. Naukowiec, badacz, autor — istota poza ciałem, której ciało jest maszyną mającą na celu napisanie tekstu o zbiorowości naukowców, badaczy, autorów, którzy podjęli temat, ponieważ uznano go za istotny. Może gdzieś uznano, ale to ja spędziłam masę czasu na napisanie czegoś i to ja uznałam, że warto ten czas spędzić, pisząc o danej kwestii. A uznałam tak, bo wyobraziłam sobie, że ktoś z Was może któregoś dnia dojdzie do wniosku, że temat jest ciekawy, więc przeczyta, co też tym razem napisałam… I czy znowu było coś o pokemonach…

ps. Zdaję sobie sprawę, że istnieją także tacy badacze, dla których przekaz jest ważny, odbiorca tekstu jest ważny, a punkty lecą przy okazji. Mam nadzieję, że będę ich poznawać więcej. Są dla mnie nadzieją.

Komentarze są wyłączone.