[076] Parę słów do Krystyny…

Mam tak zwanych swoich autorów i swoje tematy. Poruszam się więc w dość ograniczonej przestrzeni literackiej i poza służbowym wychodzeniem poza grupy z góry ustalone, nie czytam niczego spoza określonych kręgów. Czasami skuszę się na jakiś wyskok, ale najbliżej mi będzie do powieści poetyckiej… Etap czytania pamiętników, czy innych wyznań znad krawędzi mam (a przynajmniej tak mi się wydawało) za sobą.

No właśnie. Wydawało mi się. Najpierw zobaczyłam okładkę. Jako CCL (Crazy Cat Lady) zawsze wypatrzę okładkę z kotkiem. Nie znaczy to oczywiście, że sięgnę po książkę, ale zarejestruję jej istnienie, a to już sporo. Później skojarzyłam, że ten tytuł jest mi bardzo bliski, bo nie jeden raz udało mi się zyskać miano „najgorszego człowieka na świecie”, więc ciekawość zaczęła robić swoje — ja wiem „za co” dostałam tytuł i koronę, ale co autorka miała na myśli? Później skleiłam, że autorka to znana z lat młodzieńczych (bo w tych późniejszych już raczej jej nie obserwowałam) prezenterka telewizyjna. I to było dla mnie wystarczającym powodem, żeby nie sięgać po książkę. Nie udało się. Książkę polecono mi i została mi ona pożyczona.

Nie zamierzam pisać recenzji — w końcu czytałam tę książkę z rok temu albo dawniej (nie kojarzę nawet). Poza tym ja i recenzje to jednak trochę nie do końca ta sama bajka. Jednak już po przeczytaniu zaczęłam ten wpis i mimo upływu czasu nadal noszę w sobie pewne przemyślenia, które czas wypluć, żeby zrobić miejsce na kolejne…

Jak już wspomniałam — etap pamiętników mam za sobą. Nie tylko jako pisaczka pamiętnika, ale także jako czytelniczka. Swoje pamiętniki zniszczyłam, dochodząc do wniosku, że nie chcę rejestru dni, czy emocji, który ktoś kiedyś przeczyta i empatycznie poczuje to samo. A wpadłam na tę współczulność przez jakieś narkomańskie pamiętniki, które czytałam za młodu i strasznie bolała mnie rzeczywistość spisywana przed zapaścią, na głodzie i w ciągu… Monar znałam, bo był na tej samej ulicy i jakoś nigdy nie patrzyłam na to miejsce z góry, czy z obawą. Wiedziałam, czułam i miałam pewność, że nie muszę się go bać — ja tam nie trafię. Nie jestem silna. Nie mam jednak skłonności do używek. Cokolwiek czuję — mam inny zagłuszacz. Czytanie wtedy opowieści o zapadaniu się, bólu istnienia miażdżyło. Jak ten masochista brnęłam przez kolejne strony i… na nich już się nie odnajdywałam. O ile dzieliłam z bohaterką to poczucie niedopasowania, poczucie osamotnienia, nieprzystawalności, zbędności w jakiś sposób, o tyle jej poszukiwania ukojenia rozumiałam, ale nie umiałam zaakceptować, że można zdać się na chemię.

Tym razem bohaterka czasem ćpa, częściej pije. Przez całą książkę miałam dwa rodzaje uczuć pt. „znam to”. Znałam, bo „Pamiętniki narkomanki” w jakimś stopniu powielały historię, no i znałam to z autopsji — tę sferę uczuć, zagubienia, niepokoju, bezsilności.

Czasami słyszę, że jestem silna. Tak. Chyba jestem. Chociaż ja sądzę, że jestem słaba. Zapadam się co jakiś czas — bo sinusoida i takie tam — i wtedy jestem blisko tej krawędzi, czuję jak obok z ogromną prędkością, przejeżdżają pociągi, samochody, ciągnie mnie do tej prędkości, do nieistnienia. A kolejnego dnia znowu „mogę wszystko”. Krystyna — bohaterka książki — mówi o tej słabości, łaknie mocy: „Żeby mieć moc. Żeby na trzeźwo mieć taką moc jak teraz i żeby mi się chciało robić rzeczy i dużo„[s.346]. Mówi też, że kluczem do zrozumienia siebie i tych słabszych chwil jest akceptacja — „To, żeby wiedzieć, co czujesz. I godzić się z tym, że możesz czuć nie tylko wesołość, radość i sukces, ale też — a może nawet przede wszystkim — bezsilność, lęk, zmęczenie i smutek„[s.346]. Gdzieś na poziomie tych wyznań dotarło do mnie, że każdy z nas ma wpisaną w życie sinusoidę. Nie da się być cały czas na górce. Po prostu rozmaicie podchodzimy do siebie, swojego ja, swojego życia i do innych „ja”, które spotykamy. Wszystko na nas wpływa. Wszyscy jesteśmy i silni i słabi jednocześnie. Miałam nawet taki moment, że chciałam zaprzyjaźnić się z Krystyną i powiedzieć jej to. Po prostu być obok i powiedzieć, że to mija, że nie trzeba być idealnym — szczególnie we własnych oczach, bo oczy innych w którymś momencie przestają się liczyć. Pominę to, że ciągle się zmieniają, więc nawet nie zawsze jest sens przejmować się zdaniem innych, bo jaka jest szansa, że znowu nasze sinusoidy się przetną, albo będą biegły równolegle?

Krystyna walczy. Wytacza armatę z napisem: oswoję cię! I walczy. Nazywa rzeczy po imieniu, wchodzi w naturę swoich potknięć i analizuje. Wie dlaczego. Nie umie jednak powstrzymać tego procesu. Bo to wszystko jest procesem właśnie. Życiem, które inaczej sobie wyobrażaliśmy… — i tu się odklejam: ja nigdy sobie siebie nie wyobrażałam. Miałam sny. Byłam w nich różnymi osobami, ale nigdy się do żadnej z tych postaci nie przyzwyczaiłam. Nie stała się ona dla mnie wzorem, dążeniem. Mam poczucie, że coś ze mną nie tak. Każdy o czymś marzy. Każdy ma swój sen o wielkości. A ja upajam się rzeczywistością… Jaka by nie była — zachwyca mnie, bo nie spodziewałam się ani tych górek, ani dołków. Nie spodziewałam się, że krajobraz zawsze jest ciekawy, bez względu na miejsce, że zawsze jestem w domu, bez względu na współrzędne geograficzne… Nie przypuszczałam nawet, że będę miała takie poplątane i cholernie fajne życie, że poznam tylu ludzi i tyle historii. Dociera to do mnie powoli każde doświadczenie. Przesącza się przez skórę… — Bożeno, przyznaj, że też doceniasz swoje życie, właśnie dlatego je zapisujesz, żeby z perspektywy zobaczyć to, co z bliska rozmywa się.

Krystyna wymyśla sobie chłopaka. Wymyśla sobie kogoś, kto ją akceptuje, wspiera, kocha. Kogoś dzięki komu uśmiecha się i rozwija. Kogoś, kto sprawia, że jej się chce. Czytając to, pomyślałam, że to też musi być zbieżne (takie ogólnoludzkie) — to wymyślanie sobie towarzystwa… Do czasu, kiedy stajemy się pełni siebie i już nie trzeba wymyślać. Dlatego myślę, że jestem słaba… Miałam taki etap wymyślania sobie towarzystwa. Długo to trwało. Z dwadzieścia kilka lat. Może nawet trzydzieści. Gdziekolwiek jechałam, zawsze byłam ze zmyślonymi koleżankami i kolegami. Później to była jedna lub dwie osoby — znacznie bliższe, w zależności od głodu towarzystwa rzeźbiłam je na nowo. Nigdy nie miały twarzy, a jeśli przez przypadek otrzymywały twarz kogoś realnego, realna osoba znikała z mojego życia. Dlatego nie lubiłam śnić, będąc w związkach, bo jeżeli ktoś pojawiał się w moich snach, znikał z rzeczywistości. Czasami było odwrotnie, ale częściej właśnie tak. Te zmyślone osoby miały jedną ważną cechę — akceptowały, kiedy innym wiele do tego brakowało. Akceptowały potknięcia, niedoskonałości, pomyłki. Nie jestem przecież idealna. Bywam przecież najgorszym człowiekiem na świecie… Ale te złudzenia, chociaż ładne i stawiające na nogi któregoś dnia odstawiłam. Co zabawne (a może przerażające) zapisałam te byty zmyślone: są w dźwiękach określonych piosenek, są pod powierzchnią różnych krajobrazów. Mam je tam. A tymczasem te realne odchodzą w niepamięć… Ich imiona, nazwiska, zachowania, dźwięk głosu. Niebezpiecznie jest wymyślać sobie świat i towarzystwo — w którymś momencie można niepostrzeżenie przesączyć się tam, skąd już nikt nas nie wydostanie…

A sens życia? Sens życia jest prosty. […] Jestem tu przez chwilę i przez przypadek. Mogło mnie nie być. Mogłam się nie dowiedzieć, że koty są pokryte futrem aż po łapki. Nie zobaczyć, że foki kończą się tak nieoczekiwanie. Nie przekonać się, że sierść krowy jest sucha i ciepła, a ona sama cierpliwa i duża. […] Jestem tu przez chwilę, moje dramaty, że ktoś mnie obgaduje za plecami i czy napisałam ładne zdanie, są niczym przy wybuchu białych płatków jabłoni, którzy wydarza się właśnie za rogiem mojej kamienicy. […] Tego się nie da opowiedzieć, bo to jest doświadczenie ze środka. Doświadczenie zachwytu totalnego. Czymś czystym, niezatrutym, świeżym. Kształtami i tętnieniem i wielkością. […]” [str. 302-303]. Czuję ten zachwyt coraz częściej. Nauczyłam się go odszukiwać, zawsze kiedy zjeżdżam z górki. Ten zachwyt mam na lince, jak latawiec powiewa nade mną. I w końcu ciągnie mnie za sobą. Nawet jeżeli wszystko sprzysięga się przeciwko mnie. „Ale jak znieść coś, co jest nie do zniesienia?” — pyta Krystyna. Nie wiem. Czasami mam ochotę krzyczeć, chociaż… „Umrzeć. Że coś zrobisz i komuś się nie podoba, i pisze o tobie złe rzeczy w internecie, i cię wyśmiewa” [str. 297] — też ma swój urok. Przyznaję jednak, że wolę śpiewać i wykrzyczeć to poczucie bycia niezrozumianą, niezaakceptowaną, socjopatką bez sensu… Bo przecież musi być ze mną coś całkowicie nie tak, skoro kogoś nie polecam (bo sama się przejechałam, ale z pewnością chodzi o coś innego). Bo to dziwne, że coś wspieram, coś mnie zachwyca, a czegoś nie wspieram i mówię o tym otwarcie. Bo pewno jak każda kobieta jestem niezrównoważona emocjonalnie, a moje osądy są wredne i tyle. I w takich właśnie chwilach myślę sobie: zamknij się, nic nie mów, sami się sparzą… A może wcale nie, może to miało być tylko moje doświadczenie. Więc milcz.

Krystyna zmagając się ze swoim demonem, doświadcza rozmaitych stanów. Ma też momenty odludkowate — mieszka w kołdrze — i w końcu stara się wyjść poza to. Chce oglądać świat, może być poprzez film. Chce doświadczać życia. Paraliż lękowy. Ludzie. Ich emocje. „[…] wszystkim potrzebni są ludzie dookoła. […] Mnie nie są […]. Nie chcę ich dookoła siebie. Ludzie mi przeszkadzają, męczą mnie. Męczy mnie czyjaś obecność. Najlepiej się czuję sama i w ogóle w nocy. I najchętniej tobym w ogóle nie wychodziła i z nikim nie rozmawiała. […] To nieprawda. Tak nie jest. Każdy potrzebuje ludzi. Ty też potrzebujesz„[str.255]. Pamiętam, jak dawno temu też tak mówiłam. Pamiętam, że kilka lat temu też tak mówiłam. A później popatrzyłam na siebie i dotarło do mnie, że nawet w najdalszej podróży do własnego wnętrza, zawsze jest myśl o powrocie — powrocie do ludzi. Nie istnieję bez nich. Chociaż oni dobrze radzą sobie beze mnie. Jednak ponieważ przynależę do całości, wiem, że i ja mam w tej ogólnej potrzebie jakiś udział. Długo dochodziłam do tej wiedzy. Częściej broniłam się samotnością. Lepiej być samemu niż w złym towarzystwie — zawsze tam sądziłam. Nauczyłam się być z ludźmi, nawet kiedy nie jestem z nimi dosłownie. Nauczyłam się bycia obserwatorem. Zaskoczyło. Moja nowa rola okazała się wymarzoną dla mnie. Jestem blisko — na wyciągnięcie ręki, pod opuszkami jestem, wystarczy chcieć i jestem. Mam też umiejętność znikania.

Każdy z nas ma swoje terytorium. […] Jeśli nie mamy granic […] nie mamy terytorium. Nasze sądy, opinie i wartości zlewają się z cudzymi. Większość ludzi ma granice półotwarte. Jednych rzeczy potrafimy bronić lepiej, na przykład wartości, ale słabo wychodzi nam egzekwowanie prawa do wypoczynku. Jeśli nie dajemy sobie prawa do odmowy, to żądania innych potwornie nas wkurzają. Czujemy bowiem, że jesteśmy zobowiązani zrobić to, o co nas poproszono. Nie wiemy, że możemy po prostu powiedzieć NIE i się nie tłumaczyć”[str. 231]. Dzięki temu fragmentowi wiem, że mam granice i terytorium. Ale chyba również, że wreszcie należę do jakiejś większości…

Mam wrażenie, że dwie rzeczy nas zamęczają — nadmiar uczuć, tej empatii wymieszanej z wyobraźnią. „Było mi tych ubrań trochę szkoda. Tak samo jak wszystkich śmieci. I tak samo jak wszystkie śmieci były to moje przedmioty ukochane. Były niechciane, miały przeszłość i jakiegoś byłego właściciela. Śmieci kocham strasznie” [str.237]. Kiedy zachorowałam i zniszczyłam pamiętniki, wpadłam w wir pozbywania się. Raz wprawiony w ruch, kręci się stale. Ale nadal rzeczy z przeszłością mają dla mnie większą wartość, niż te nowe — chociaż wzruszam się nad każdą rzeczą. Wystarczy powiedzieć mi, że nikt jej nie chce… Gdybym poddawała się wszystkim moim wzruszeniom, musiałabym zająć całe osiedle… Żeby te rzeczy pomieścić. To moja dziecinna potrzeba ożywiania rzeczy. Nie mam potrzeby bycia dorosłą. Widać w tym jednym nie wpisuję się w pokolenie (swoje?). Ciągle zastanawiam się, kim chciałabym być, kiedy dorosnę? I nadal nie wiem, więc z tym dorastaniem jeszcze się wstrzymuję.

Uderzyło mnie to po latach. Ta prawda. […] zamiast powiedzieć, porozmawiać. Nie mam siły rozmawiać, nie chcę. Zasunęła się we mnie przygoda, będę milczeć i będę sama do końca życia. Nałóg bierze się z braku. Z tego, że jesteś pusty w środku. Pusty i niezaspokojony. Nałóg bierze się stąd, że mimo tego, co jest na zewnątrz i w dowodzie osobistym, i w CV, w środku jesteś smutną grubaską. I cokolwiek by się działo — jesteś smutną grubaską. […] Jesteś brzydki. Jesteś gorszy. Nikt nie chce z tobą spędzać czasu” [str. 209]. Być może dlatego nie zapadłam się w sobie, bo nigdy nie poczułam się na tyle gorsza, by wpaść po same uszy? A może to kwestia genetycznego braku skłonności do nałogów? Nie wiem. Mimo tej etykietki „najgorszego człowieka” nie upadłam. Kosztowało mnie to kilka bezsennych nocy, ale nie upadłam. Odbiło się to na moim zdrowiu, ale nadal trwam. Więc ta prawda nie dotyczy mnie.

Krystyna wie, że ludzie nie rozmawiają o rzeczach ważnych. Zapychają świat mową trawą. Ostatnio zapytałam parę osób o rozmowy ze swoimi zwierzakami… Nikt z psem nie rozmawia o Platonie… Pomyślałam sobie, no tak, to tylko pies. A później uderzyło mnie — ok, ale z kim właściwie rozmawiacie o Platonie? Hę? O czym rozmawiamy? Co nas kręci? Czy w naszym życiu toczą się rozmowy inne niż to, co właśnie nas zajmuje? Czy z każdym rozmawiamy o tym samym? Czy mówimy o sobie i swoich uczuciach? Czy może bardziej o innych i o tym, czego być może zazdrościmy, albo współczujemy?

Miało być parę słów. Miałam skierować je do Krystyny, alter ego autorki. Zamiast tego uśmiecham się i znowu wątpię. Bo widzisz Krystyno, wydajesz się całkiem fajnym materiałem na znajomą, koleżankę, osobę, z którą można wymieniać niesforne myśli. W sumie to nawet nie tyle wydajesz się, co taką osobą właśnie jesteś. Jedyna Twoja „wina”, która nie jest nawet tyle Twoją winą, co bardziej pakietem, w jaki zostałaś wyposażona, jest to… że czujesz. Życzę Ci, żebyś czuła więcej wzniosłych rzeczy, tych uskrzydlających, które rozciągają nas i tu i tam. I życzę tego każdej Krystynie (bez względu na płeć), która czytając Twoją książkę, pomyślała (chociażby przez moment) — „cholera, też tak mam”. A resztę… Resztę sobie wymyślimy.

Miało być parę słów. Znowu nie wyszło.

Komentarze są wyłączone.