[077] to one, nie my…

Od dłuższego czasu interesowało mnie, dlaczego my (kobiety) nie jesteśmy ze sobą solidarne. Nie chodzi o mówienie jednym głosem, o solidarność na śmierć i życie. Bardziej o takie podejście w typie grupa kobiet coś robi, z czym się ja zgadzam, więc podświadomie włączam się w ten ruch i one stają się nami. Przestaję mówić o jakichś obcych osobach, których nie znam i pewno nie poznam. Mówię o nas, bo chociaż mogło mnie z tymi kobietami nie być, to utożsamiam się z ich działaniami…

To takie zaskakujące, kiedy nagle moje mniemanie, że kobiety mogą być nami, że mówiąc tak ogólnie, mówimy też o sobie, z pewnym rodzajem dumy i przynależności… Okazuje się jednak, że tak nie jest.

Nie była to pierwsza tego typu wypowiedź, ale kiedy dotarła do mnie, zrozumiałam jej sens. Przez lata miażdżona tożsamość kobiet, odzyskując częściowo suwerenność, nie potrafi podpisywać się pod cudzym działaniem, one to one. Kobiety. Jakieś nieokreślone kobiety… Nie my. A z pewnością już nie ja.

I może coś w tym jest. Może tak bardzo chcemy być sobą, tym jedynym szczęśliwym i niepowtarzalnym ja, że z trudem przychodzi nam akceptacja przynależności. I nawet jeżeli przynależymy do jakiejś grupy, to tylko na zasadach, które same akceptujemy — kiedy przestajemy akceptować, odchodzimy…

To one wyszły protestować. One, kobiety. Nie ja, więc i nie my…

Komentarze są wyłączone.